26/08/2025
Polecam dla refleksji
Mili Państwo, pan prezydent Nawrocki swoim najnowszym „energetycznym” wetem przywalił dziś w polski przemysł - ale także w nas, zwykłych obywateli, otrzymujących rachunki za prąd.
O co chodzi? Już tłumaczę.
Pan prezydent zawetował dziś „ustawę o zmianie niektórych ustaw w celu dokonania deregulacji w zakresie energetyki”. Za tą nazwą kryje się krótka, ale stosunkowo istotna propozycja legislacyjna (zaledwie 14 stron, 18 artykułów), która nie tylko dostosowuje części polskiej energetyki do aktualnej sytuacji w sektorze, ale też realizuje postulaty przemysłu, obywateli, a nawet… niektórych doradców samego pana prezydenta.
I teraz, krótko i prosto o czym był ten projekt. Jego głównymi przepisami były: podwyższenie progu mocowego (z 1 MW do 5 MW), dla którego konieczne jest uzyskanie koncesji od prezesa Urzędu Regulacji Energetyki oraz innego progu mocowego dla instalacji fotowoltaicznej (ze 150 do 500 kW), dla którego wymagane było uzyskanie pozwolenia na budowę, pod warunkiem, że instalacja nie byłaby przyłączona do powszechnej sieci elektroenergetycznej. W ustawie były tez przepisy upraszczające rachunek za energię, który dostajemy jako jej konsumenci (wreszcie byłby on czytelny) oraz poszerzające tzw. cable pooling (w skrócie: chodzi o poszerzenie dostępności istniejącego systemu pod źródła wytwórcze, ale przede wszystkim: magazyny).
Te właśnie przepisy zawetował pan prezydent.
Pałac Prezydencki - w osobie ministra Boguckiego - tłumaczy to następująco: „rząd po raz kolejny próbuje w ramach instalacji OZE dopuścić do swego rodzaju samowolki”; pan minister wspominał też coś o lobbystach. Tylko, że to tłumaczenie jest po prostu bez sensu, znacznie bardziej niż w przypadku ustawy wiatrakowej.
Po pierwsze, o żadnej „samowolce” nie ma tu mowy. To, że poluzowano przepisy dot. pozwoleń na budowę czy koncesjonowania to nie znaczy, że wszędzie będzie można postawić sobie farmę fotowoltaiczną. Nie, pozostałe przepisy dot. takich inwestycji pozostają na miejscu. Po prostu zdejmowano z przedsiębiorców ciężary administracyjne, ułatwiano im możliwość budowy źródeł zasilania, a skorzystałby na tym przede wszystkim przemysł energochłonny - bo tajemnicą poliszynela jest, że projekt był szyty głównie pod ten sektor.
Po drugie, projekt był konsultowany z przedsiębiorcami - z Pracodawcami RP, z Konfederacja Lewiatan, z Federacją Przedsiębiorców Polskich, ze Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców. W uwagach przesłanych przez przedsiębiorców sugerowano podniesienie progu koncesyjnego do nawet 50 MW, po to, żeby źródła odnawialne zrównać w tym zakresie z jednostkami konwencjonalnymi. Natomiast przedsiębiorcy patrzyli na tę regulację bardzo przychylnie. Projekt był też konsultowany m. in. z URE.
Po trzecie, projekt popierała pani… Wanda Buk, czyli obecna doradczyni pana prezydenta ds. energetycznych. Można wciąż znaleźć wypowiedź pani Buk wzywającą do tego, żeby zrównać obowiązek koncesyjny OZE z jednostkami konwencjonalnymi, bo po upłynni transformację energetyczną kraju.
Po czwarte, za projektem głosowało 251 posłów - prawie cały klub KO (155), prawie cała Trzecia Droga (60), prawie cała Lewica (20), połowa posłów Konfederacji (8), wszyscy Republikanie (4), poseł Zawiślak z Konfederacji Korony Polskiej, dwójka posłów niezależnych oraz poseł Ireneusz Zyska z P*S. Tak więc nie jest to projekt jednej ekipy, tylko znacznie szerszy.
Po piąte, straciliśmy właśnie szanse na prostsze, tj. czytelniejsze rachunki za prąd.
Podsumowując: ta decyzja pana prezydenta nie trzyma się kupy. Nie wiem, co ma na celu. Nie wiem, dlaczego została podjęta. Wiem tylko, że w przedstawionym przez obóz prezydencki uzasadnieniu nie ma ANI JEDNEGO merytorycznego odniesienia się do projektu.
Natomiast - i to jest pocieszające - ponadpolityczność głosowania nad projektem daje szansę (niewielką, ale jednak szansę), że w tym przypadku prezydenckie weto może zostać odrzucone.